Oczywiście to nie będzie boska analiza z mnóstwem cytatów i innych takich, podszyta strumieniem świadomości, bo nie jestem Andzią. :D
Ale, jako autor, zwłaszcza teraz, zbliżając się do końca "Po drugiej stronie lustra", często zastanawiam się, gdzie tkwi sekret aż takiej popularności tego fika.
Bo - nie bawiąc się w ostrożne osądy i fałszywą skromność, napiszę bez ogródek - nareszcie mam to, czego zawsze chciałam :)
Mam - w ciągu kilku miesięcy zaledwie - ilość odsłon o jakiej mi się nie śniło, ilość pięknych, rzeczowych lub/i pełnych emocji komentarzy, na dodatek wyjątkowo tłustych i zgrabnych, o jakiej kiedyś mogłabym pomarzyć, ilość dyskusji merytorycznych i sporów na tle motywów jakimi kierują się postaci i na tle samej akcji, której kiedyś nie miałam - słowem: wszystko, co tylko autor może sobie wymarzyć.
Żeby nie było - wiem że większość roboty odwalili za mnie Russel i Julie. :) To jest po prostu rewelacyjny materiał, świetni bohaterowie, którym sporo flaków można jeszcze wypruć. I że w polskim fandomie zwyczajnie nie pojawił się do tej pory chyba aż tak długi tekst do tego konkretnego serialu i tego konkretnego odcinka. I zdaję sobie sprawę, że paring jest - choć niektórzy na niego psioczą - jednak popularny, a sam kanon pozostawia w tej kwestii ogromne pole do popisu, bo nie wiemy praktycznie nic o tym, co działo się z bohaterami tuż po odlocie TARDIS.
Jak również - że łatwo jest się na tej tematyce wywalić, przeszarżować i pokpić sprawę.
I że jest ona kompletnie timey wimey i wibly wobly. :)
Ale ja lubię wyzwania :)
I dlatego właśnie tak mnie nieprzytomnie cieszy fakt, że czytają całość tak różni odbiorcy - i niestrudzone fanki Tennanta himself (jak ja) i fanki Jedenastego i ludzie, którzy fanują sam serial i samą historię, i ci, którzy serial obejrzeli z przyjemnością, ale nie są kompletnie zapaleńcami.
I pomijając na moment wszystko inne - ja po prostu nieprzytomnie lubię to pisać. :) Wszystkie moje teksty i moich bohaterów lubiłam bardzo, ale żadne z moich opowiadań nie wciągnęło mnie tak mocno i tak bez reszty.
I jeszcze jedno - to nie tylko ja, moje zaangażowanie i fakt, że świetnie się bawię uzupełniając kanon i odpowiadając mimowolnie na wątpliwości czytelników, którzy gwarantują mi tak świetną interakcję - to też moje bety.
Nigdy chyba i żadnych wcześniej nie wpuściłam aż tak daleko w swój własny tekst (tak, mówię do Was obu :))
I bardzo Wam za to dziękuję, :)
Stwierdziłam, że w koncu muszę to gdzieś wkleić - piękna zasada :)
Prawie dziesięć lat mojego – nie, naszego – życia.
I niby wiesz, że kiedy otwierasz rodzinny interes, to mimowolnie podporządkowujesz mu wszystko inne. Także – w jakimś stopniu – swoją prywatność.
Właśnie przestaliśmy być osobami publicznymi. :) Otwieraliśmy w piękną wiosenną sobotę, zamknęliśmy dziś, w piątek wieczorem. Piękny cykl. :)
I mogłabym rozpisać się o tym, jaka jestem dumna i o tym, że sami, we czwórkę, tego dokonaliśmy, i o tym, że w sumie żaden malutki osiedlowy sklepik nie wytrzymał w tej miejscowości na rynku aż tak długo.
Tylko że poza całym tym biznesem i czystą ekonomią, na mocy której rzecz zwyczajnie przestała być opłacalna, istnieje jeszcze coś innego.
Tysiące godzin ciężkiej pracy. Kilkunastu absolutnie boskich współpracowników, z którymi fajnie się handlowało. Miłe chwile przesiedziane na skrzynkach z piwem, w towarzystwie laptopa albo zeszytu z notatkami do kolejnego fanfikta. Albo z kodeksem karnym lub cywilnym, zależnie od okoliczności.
Albo z samym piwem :)
I prawie zawsze w towarzystwie.
Sąsiadów, których ledwo albo wcale nie kojarzyłam z widzenia w momencie, gdy otwieraliśmy. Takich, którzy z czasem stali się znajomymi, kumplami, a niekiedy – nawet przyjaciółmi. Takich, do których mogłam zadzwonić w środku nocy i mieć pewność, że odbiorą mi ojca z odległej stacji, gdzie do rana nie dojedzie żaden pociąg, albo odwiozą Młodego do szpitala. I jeszcze poczekają, żebym nie wracała sama.Takich, którzy przyniosą mi trochę drewna z własnego kominka, kiedy zostanę sama w domu i nie mam już ani gałązki, a temperatura w końcu maja spada do dziesięciu (!) stopni.
To do sklepu wracałam najpierw, z każdej podróży i z Poznania. Do sklepu wpadałam jak głupia po każdym zdanym egzaminie – i zawsze był tam ktoś kto gratulował mi przed moją własną matką tudzież śpiewał ze mną Simply the Best, bo wepchnął się w kolejkę :P W sklepie z upływem kolejnych lat zaczęły de facto odbywać się nasze święta rodzinne. A ostatnio nawet imprezy sylwestrowe. :)
I w sklepie spadła mi niemal na łeb półka z piwem :)
Tylko trzydzieści metrów kwadratowych. Wielki, solidnie już wyblakły od słońca parasol KORALA przed wejściem, biały stolik do którego trzeba było, oprócz czterech krzeseł od kompletu, dostawiać często okoliczne taborety i odwrócone skrzynki. Drewniana altanka, pelargonie w doniczkach i Kubol leczący swój reumatyzm na nagrzanych słońcem kamieniach.
A potem Tobi, próbujący sukcesywnie pożreć klientów, którzy mu się nie spodobali :)
I sami klienci – ci wszyscy ludzie, którzy przez te lata przychodzili codziennie czy prawie codziennie, i którzy dziś też przyszli – żeby się pożegnać i podziękować.
To była jedna z najbardziej pojechanych imprez mojego życia. :)
A potem zgasły światła i zostaliśmy tylko we czwórkę.
Jak zawsze.
Razem :)
I z jamnikiem, oczywiście.
skomentuj (0)
Najpierw miało być o Londynie. Potem o Tennancie himself. Potem, z zupełnie innej beczki - o Innej Wyprawie, która spowodowała u mnie permanentny wyszczerz, ale przecież nie mogę. Jeszcze później, o pracy zawodowej. A na końcu o braku zahamowań.
W rezultacie właśnie przed chwilą doszłam do wniosku, że w sumie w każdym z tych przypadków chodzi o to samo. Już nie raz zdaje się tu o tym pisałam, ale chyba nigdy tak zupełnie wprost.
Otóż, patrzę sobie czasem na siebie sprzed, powiedzmy, dwóch czy trzech lat - i nie mogę się nadziwić, że potrafiłam tak żyć. Wiecznie zamknięta i jakaś stłamszona, wiecznie nastawiona na wszystkich dookoła z wyjątkiem siebie, wiecznie próbująca udowodnić, że daję radę, że wszystko potrafię, że jestem urocza i subtelna.
Ble.
I pewnie zabrzmi to teraz strasznie zuchwale i butnie i w ogóle egoistycznie jak cholera - ale jak dobrze jest zdawać już sobie sprawę, że nie o to w życiu chodzi. Oczywiście nie mam na myśli kroczenia przez to życie taranem i mam nadzieję, że nigdy nie doznam zaćmy totalnej i nie będę napawać się własnym szczęściem i własną zajebistością raniąc przy okazji wszystkich dookoła. I nie zapomnę jak cienka jest granica między zdrowym egoizmem a egoizmem totalnym i zaślepiającym. A jak zapomnę, to mam nadzieję, że zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie w porę walnie w łeb, żebym się opamiętała. :)
Ale po prostu tak cudownie jest wiedzieć - iiiiiiiiiiiiiiiiii!!!! - że dopóki jestem zdrowa, młoda (i mam nadzieję starsza tez) i w pełni świadoma siebie i w zgodzie ze sobą (no masz, mówiłam, że zabrzmi to wzniośle, głupawo i w sposób niekontrolowanie natchniony) - mogę sobie zrealizować każde założenie i każde - odpukać! - marzenie, na które mam jakikolwiek wpływ. Obojętnie, czy to jest wyjazd do Londynu i wystawanie wieczorami na Stage Door z okazji pewnej sztuki, czy wygryzienie któregoś z kolejnych moich przełożonych, czy skosztowanie indyjskiego tytoniu i plucie nim (według instrukcji) z balkonu na siódmym piętrze w najbościejszym towarzystwie z możliwych.
I jeszcze jedno - cudownie jest, poniekąd przy okazji, obserwować, jak najbliższe ci osoby w podobny sposób spełniają te swoje szalone marzenia. I są dzięki temu szczęśliwe. :)
Dotychczas myślałam że polega on głównie na tym, że łapiesz od razu o co chodzi i śmiejesz się z tych samych rzeczy. I piszczysz w tych samych momentach na co ciekawszych ujęciach. I słyszysz: to ja idę do was - w momencie, kiedy sama miałaś to powiedzieć.
I słuchasz cierpliwie o tym, jak ktoś zostawia swoją ukochaną z facetem stworzonym z własnej ręki na pustej plaży (i jakie to jest romantyczne). Oraz oglądasz wywiady do piątej nad ranem, bo występuje w nich Misio/Mięso/Jelonek. I wymieniasz stosy maili z opcją "wyślij do wielu" - głównie w godzinach pracy. I bredzisz w kółko o swoim opowiadaniu, które jest fanfikiem do brytyjskiego serialu, a osoby rozumiejące cię nadal chcą mieć z tobą coś wspólnego.
Ale to nie wszystko.
Bo teraz, po kolejnym pięknym tygodniu, wiem już że szczyt zrozumienia jest też wtedy, kiedy słyszysz: Weź... tam... zgaś...
I wiesz dokładnie, że trzeba zasunąć zasłony i zapalić światło. :D
...ale właściwie nie tak bardzo. I mam nadzieję, że przyszłościowa, tfutfu, odpukać.
Bo widzicie, moja matka jest ciekawą osobą. I cały czas mnie zadziwia, jakim cudem w moim ogólnym, naturalnym i wręcz artystycznym rozmamłaniu, w mojej skłonności do bujania w obłokach i jednocześnie - w moim praktycznym, mega ostrożnym podejściu do życia, które z kolei mam po ojcu :P - znalazło się miejsce również na jej wolę walki, na jej siłę przebicia, na jej przekonanie, że nieważne, co myślą inni, dopóki jestem pewna że żyję zgodnie z tym, co sobie założyłam i co dyktuje mi serce i zdrowy rozsądek. I na jej niezachwianą wiarę, że trzeba bronić pazurami tego co ważne i tego co najbliższe.
I zabawne, że były momenty, kiedy mogłabym jej przywalić i przysięgałam sobie, że nigdy-prze-nigdy nie będę taka jak ona.
Jestem.
I momentami jestem z tego dumna jak diabli. :)
* * *
- A czy ten Andrzej - spytała smacznie, siadając w fotelu późną nocą i zaciągając tasiemki szlafroka, który ma ze sto lat - czy ten Andrzej chociaż dobrze włada językiem?
- Mamo...! - wyjęczałam, bo dokoła kwitła wręcz atmosfera stworzona do zwierzeń, było ciemno, pachniała herbata i ogień malowniczo buzował w kominku. - Mamo, no proszę cię...
- Nie, no ale powiedz starej matce - nalegała z wyraźną satysfakcją.
- Dooooobrze...
- Aha. - Rozparła się wygodniej w fotelu. - A bardziej angielskim czy niemieckim?
* * *
Dobrze jest móc czasem wrócić do mamy :)
Kiedy po pierwszych tygodniach zachwytu opadają człowiekowi łuski z oczu i nagle zaczyna się widzieć wszelkie możliwe wady drugiej strony, różne rzeczy mogą się wydarzyć.
- I dlaczego on mi się nie postawi, dlaczego się nie kłoci?! - poinformowałam się retorycznie, z trudem powstrzymując się od rąbnięcia pięścią w blat szafy. - Dlaczego nie powie: Tak, Skarbie, możesz sobie tak myśleć, a ja mam własne poglądy i już?!
Smarkaty odstawił do szafy wycierany właśnie talerz i westchnął ciężko.
- Bo zawsze lepiej jest się z dziewczyną zgodzić - wyjaśnił po prostu.
- Jak zgodzić?!
- Normalnie. - Wzruszył ramionami. - Czasem się trzeba trochę podlizać.
- Też byś się podlizywał za cenę swoich poglądów?! - upewniłam się ze zgrozą.
- No pewnie - uśmiechnął się szelmowsko. - To zawsze działa.
- Jak to: działa? - jęknęłam.
- Normalnie - mruknął. - Poza tym, jak się tak raz i drugi zgodzisz, to masz przynajmniej święty spokój.